|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Dorian GrayRodzime kina nawiedziła niedawno nowa adaptacja Portretu Doriana Graya Oscara Wilde'a. Film mroczny, fabularnie momentami daleki od oryginału, choć w mojej opinii wpasowujący się w jego duch.
By móc ocenić ten film, trzeba znać jego podstawę - Portret Doriana Graya pióra Oscara Wilde'a. Oliver Parker pominął w swym obrazie bardziej filozoficzną stronę pierwowzoru - rozważania nad naturą sztuki i hołd dla estetyzmu - i skupił się na głównym wątku fabularnym - historii Doriana Graya, na którym czas nie odbija piętna (mimo nadużywania wszelkich uroków życia), zamiast tego szpecąc jego portret. Reżyser pozwolił sobie na dosłowne pokazanie tego wszystkiego, czego Wilde pokazać wprost nie mógł, uciekając się do aluzji (które i tak zmuszony był złagodzić po ostrych reakcjach na pierwsze wydanie powieści w prasie). Mamy więc trójkąt sypialny z dostojną angielską matroną i jej córką czy pocałunek między mężczyznami. Zabieg o tyle ciekawy, że można domniemywać, iż lubiący szokować Wilde mógłby się dziś do niego uciec... Ale ucieczka od języka aluzji jest dość łatwym zabiegiem, a w momencie, gdy przechodzi w przerysowanie (portret nie tylko starzejący się, ale wydający dziwne odgłosy i zjadany przez robactwo) - jest już przesadą. Mimo wszystko film mi się podobał. Mamy solidną opowieść z dreszczykiem, świetnie ukazaną relację między Dorianem a jego mentorem w zepsuciu - lordem Wottonem, znakomicie oddaną atmosferę reakcji salonów na Doriana - najpierw zainteresowania graniczącego z zachwytem, z czasem skandalu i zażenowania towarzyszących jego pojawieniu się. Dziwi trochę wprowadzenie w drugiej połowie filmu wątku nieobecnego w pierwowzorze - postaci córki lorda Wottona i jej próby ratowania Doriana. Rozumiem, że widz zachodni oczekuje, że jeśli główny bohater jest postacią niemoralną, to dostanie od losu szansę na poprawę... Ale przy ekranizacji klasyki literackiej taka zmiana w fabule powinna służyć czemuś większemu. Obok poziomu aktorskiego nie da się przejść obojętnie. Wprawdzie Bena Barnesa w roli głównej oceniłbym jako trochę więcej niż poprawnego (a to wobec tej postaci oczekiwania muszą być w Portrecie... najwyższe) - ale Colin Firth jest (jak zawsze) genialny. Jego lord Wotton - znudzony życiem, z upodobaniem wzbudzający zażenowanie towarzystwa niemoralnymi uwagami tak naprawdę nie ma odwagi sam wypełniać swojej filozofii życiowej - i jest zachwycony obserwując jak ulega jej Dorian - jednak z czasem jego zachwyt przeradza się w przerażenie. Wraz z przekonującą Rebeccą Hall zdołał sprawić, że wspomniany już wątek związku Doriana z młodą lady Wotton wzbudzał zainteresowanie. Na uwagę zasługuje obraz XIX-wiecznej angielskiej śmietanki towarzyskiej - zagranej przez wiele znanych twarzy brytyjskiego filmu. Jest coś w tym filmie co sprawiło, że mimo licznych uchybień (których w ekranizacjach klasyki zwykle nie puszczam płazem) wyszedłem z kina pod wrażeniem i będę jeszcze chciał do niego wrócić. Zaznaczam jednak, że lektury oryginału film nie może nawet próbować zastąpić - to inna liga. sobota, 30 października 2010, lakshman
TrackBack
Komentarze
Gość: Iza, warmijska.fema.krakow.pl
2010/11/10 15:20:31
Ciężko mi się zgodzić z tą recenzją. Książkę uwielbiam, zakochałam się w niej już po pierwszej lekturze do tego stopnia, że pisałam licencjat na jej podstawie. Opuszczenie całej filozoficznej otoczki odbiera ducha tej opowieści. Gdzieś przeczytałam całkiem niezłe podsumowanie ekranizacji - zwykłe soft porn. I to nie najlepszej jakości. Próbowałam się zmierzyć z tym filmem, ale w połowie usnęłam, zniesmaczona. Bardzo niewiele pozostało z świetnej historii stworzonej przez Wilde'a, bo w mojej opinii, film nie jest ani ładny, ani specjalnie interesujący w związku z czym śmiem twierdzić, że Oscarowi też by się nie spodobał ;)
|